Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie będzie z tego nic! — zawołał za furtę wychodząc Szczepan z Trląga.
— Któż ci to powiedział? — ofuknął Wyssota[1]. — Owszem! Przysiądzem gotów, że się rozmyśli... Gdyby nie chciał, nie kazałby nam czekać... dałby odprawę i zakazał powracać.
— A gdyby ją nawet dał, — wtrącił Przedpełk — jabym go nie posłuchał i kusił powtóre, po trzecie... Owszem, jam dobrej myśli... weźmiemy go...
— I ja też tak sądzę, — dodał Lasota. — Uśmiechnie mu się swoboda... Mówił, że suknia przyrasta; znać mu cięży. Gniewków jak Gniewków... nie skusiłby, ale więcej się czegoś spodziewać będzie.
Gwarzyli tak powracając do gospody, gdy Buśko, ledwie ochłonąwszy ze strachu, bo go na uczynku podsłuchu schwytano, zawrócił się, podbiegł znowu podedrzwi celi, postał chwilę przy nich, przeciągnął się i otworzywszy je wśliznął ostrożnie do środka.

Książę klęczał przy łóżku zatopiony w modlitwie, z głową spuszczoną, a rękami nad nią wyciągniętemi. Słyszał czy nie, gdy się drzwi otwierały, nie poruszył się, nie obejrzał — modlił się. Ze znużenia na duchu, osunął się zwolna ku ziemi i przysiadł... Modlitwa skończyła się zadumą głęboką.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Wyszota.