Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Choćby nie wiedzieć co kosztować miało, mieć go muszę! — krzyknął książę — aby się bezkarnością mi nie urągał.
Bawor sam zajął się tą sprawą. Wysłał więc jednego z dworzan, tak umówionego, aby Dobkowi zaręczył, że lat siedm pamięć wszystkiego zatarło, że książę niewinność jego uznał, przebaczył nieszczęście, którego był mimowolną przyczyną, i widzieć go, a nagrodzić pragnie.
Nie skłonił się z razu Dobek do powrotu, lecz gdy posłańcy, jeden za drugim, podjeżdżać, powtarzać i upewniać go zaczęli, naostatek dał się przekonać i pociągnąć do Płocka.
Przybywał najpewniejszy, iż go tu łaska spotka i oczyszczenie, a tu nań czekano z krwawym wyrokiem.
Ratować go nie było sposobu, a nikt też z nas ani się domyślał, by stary książę taką zemstę straszną żywił w sercu.
Zaledwie zjawił się w Płocku, gdy już czatujący nań Bawor z kilku pachołkami chwyciwszy go, pociągnął na zamek.
Stałem u drzwi samych, gdy bladego i drżącego, z rękami załamanemi, niemogącego już nawet o litość prosić, bo mu trwoga mowę odjęła, wepchnięto do izby.
Książę stał w pośrodku blady, czekan w rękę chwyciwszy. Oczy mu zabiegły krwią i usta dygotały. Wiedzieliśmy, że gdy go taki gniew straszny