Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stojący — ale tu wam nic potem jechać. Tu nie ma ani gościńca, ani gospody...
— Zkąd wy? — dodał gniewnie.
— Z Poznania do Płocka — rzekł Dersław.
— Lichoż was tu zaniosło!? Wstąpił do piekłów po drodze mu było! — krzyknął zastępujący ścieżynę.
— No, a gdzież jesteśmy i kto wy jesteście? toć wiedzieć wolno — rzekł łagodnie Dersław. — Co u licha, zbójami nie jesteśmy...
— Kto ja, to wam na nic nie potrzebne — wołał nieznajomy. — Nie jesteście zbójami, ale na zbójów możecie natrafić...
Mówiąc to, przyglądał się pilno Dersławowi i jego ludziom.
— Zawracajcież ztąd — począł znowu — tędy wam nie droga... a chcecie nocować, to na drugiej stronie rzeki wypas dla koni znajdziecie...
— Na pagórkuby nam lepiej było — wtrącił Dersław.
Gniewny człek cały się strząsł.
— Powiadam wam, na pagórku nie ma dla was nic. Z Bogiem, z Bogiem ruszajcie, zkąd przyszliście. — I palcem im pokazał w przeciwną stronę.
W spokojnym Dersławie krew grać zaczynała.
— Z mowy waszej — rzekł — widać, żeście nie lada prostym parobkiem, a obchodzicie się