Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miejsce, w którem się znajdowali, ciągle kołując, dla natrafienia na jaką ścieżynę, śladu ludzkiej stopy nie okazywało. Las stał pod niebo wyrosły wiekami, miejscami podszyty gąszczami i zawalony łomem, który przebyć było ciężko. Ostępy dawno nie plądrowane, gdyby nie wieczór, zmusiłyby ich do polowania, bo zwierz tu, zabezpieczony, leżał spokojnie w barłogach i ledwie na ciśnienie oszczepu zrywał się do ucieczki.
Dersław powiadał, że takiego dzikiego lasu zdawna nie widział i że chyba bardzo się z drogi zbić musieli, gdy się w taką zapadlinę dostali.
Szukano tylko miejsca sposobnego na spoczynek, gdy z pomiędzy drzew ukazała się rzeczułka wśród moczarów, a po za nią na piaskowatem wzgórzu, coś jakby stare opuszczone horodyszcze.
Wiele podobnych już naówczas, po kraju spotykać było można, co niegdyś za pogańskich czasów za schronienie i na gromadzenie się wieców służyły, a teraz trawą porastały.
Błoto i rzeczułka dzieliła podróżnych od pagórka, Lasota się rzucił naprzód, szukając brodu, i wkrótce począł wołać ku sobie Dersława, gdyż na moczarach hać znalazł i rodzaj dróżyny.
Był to już ślad, że tu w pobliżu ludzie żyć musieli. Puścili się więc podróżni, spodziewając albo domostwo jakie znaleść, lub choćby na wzgórku suche legowisko.