Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


krosnach i kądzieli ustawicznie siedział. Śpiewała mu, słuchał, opowiadała, radował się każdemu słowu, przepadał za nią...
Za próg dworu od niej odejść ni odjechać nie chciał, że go już, aby męzkich zabaw nie zapomniał, prawie wypędzać musiała.
Jak we wszystkiem gwałtownym był, tak i w kochaniu tem, a myśmy tylko cicho szeptali.
— Daj Boże, aby mu się i to nie przejadło.
Księżna, jak piękna i świeża, tak bardzo wątła była. Kto wie, z czego wkrótce zaczęła blednąć i słabieć. Przestraszony książę słał do Krakowa po mistrza Mateusza, ściągnął drugiego od Brandeburskiego księcia... Dali jej ziele jakieś pić...
Tymczasem coraz było gorzej a gorzej. Miłość męża jeszcze rosła, ona też żyć i miłować go chciała, ano, przeciw woli Bożej ani lekarze, ni modlitwy nie pomogą...
Zwiędło nieboraczątko, jak zwarzony kwiat... umarła.
Książe, z żalu niepomiernego, prawie oszalał. Przystąpić doń, słowa rzec nie było można, przytomności zbył. Baliśmy się, aby sobie złego czego nie uczynił.
Posłano cichaczem po Alberta, księcia Strzeleckiego, ojca nieboszczki, przybył on, ale ani ten, ni żaden człowiek, mocy nad nim nie miał.
Po pogrzebie przywdział szaty żałobne, zam-