Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jeśli nas dwu ma być na rozmowie — odparł Mruk — możebyście do dworku mojej matki raczyli. Nie mam izb tak wspaniałych, jak pana wojewody, ale ciepły kąt się znajdzie...
— Innym czasem — rzekł żywo Dersław — a no przedewszystkiem — tu mu bystro spojrzał w oczy. — Mów mi, jako ojcu, bobym nim mógł być, szczerą prawdę.
Radeś ty z tego Ludwika i z tej starej baby, której młodzieniaszki służą? Widzi ci się, że to z tem dobrze będzie? hę?
Zagadnięty Mruk, zwykle do odpowiedzi nie skory, zmarszczył się mocno i zadumał długo.
Dersław nogami tupał.
— A no! — zawołał — dobądź, co masz, z pod wątroby?
— Za żalem po nieboszczyku — począł Mruk — człek nie miał czasu pomyśleć jeszcze o czem innem. Ale, co tu się dobrego spodziewać? Obcy ludzie...
Ramionami poruszył.
Dersław, jakby mu tego dosyć było, ujął go znowu pod rękę.
— Chodź ze mną — rzekł.
Przyspieszyli kroku.
W ulicach miasta, choć wieczór nadchodził i godzina, o której zwykle bramy się zamykały, a ludzie do domów wracali, zbliżała, dla natłoku gości obcych bardzo jeszcze było ruchliwo. Snuły