Strona:PL Józef Czechowicz - Nic więcej.djvu/32

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ciche mignęły widziadła lecz księżyc obrócił je wniwecz
    siwy tu zapach ziół wonny przetacza się namuł
    pod falą która do trzcin szepcze to samo to samo

    opodal kobiety niemłode łowią półmroku miąższ
    dłońmi utkwione w gąszcz w niebieskich świateł gąszcz
    za śladem stąpa chłopak smukły jak kąkol
    niczyich oczu nie wabi łąka ta boża łąka
    powieki zamknięte spokoju przydają twarzom
    wieńczony oni nie widzą nie wiedzą nie marzą

    a tutaj miłe dzieciątko piasek zsypuje do naczyń
    rączkami wdzięcznie przebiera i także nie wie nie patrzy
    młodzieńcy idą a śpią sandał ich rosę otrąca
    ramiona pod chmury wznoszą omdlałe pewno od bitwy
    sen je dymem zasnuwa tu niema nie było słońca
    skądże przylecą modlitwy

    pochyl się dziewczę w welonie i róż girlandzie białej
    bo całun to piana welonu kwiat śmierci ślubu całun
    a ci stojący obok zwróceni ku pustce nieba
    czy też naprawdę są razem na wonią duszących stepach

    o ludzie ludzie w trawach ludzie nad wodą czarną
    jeden was urok ogarnął jeden nas urok ogarnął