Strona:PL Herbert George Wells - Podróż w czasie.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Gdy tak stałem w ciemnościach, ręka jakaś dotknęła mojej, chude palce zaczęły mnie obmacywać po twarzy, i poczułem woń nadzwyczaj nieprzyjemną. Zdawało mi się, że słyszę dookoła oddech całego tłumu tych strasznych istot. Czułem, jak mi delikatnie wyciągają z rąk pudełko zapałek, jak inni znowu z tyłu szperają w mej odzieży. Dotknięcia tych niewidzialnych stworzeń, usiłujących rozpoznać tajemniczą istotę, sprawiały mi przykrość niezmierną. Nagle świadomość, że nie znam wcale ich metod myślenia i działania, ocknęła się w tej ciemności. Krzyknąłem na nich jak tylko mogłem najsilniej. Odskoczyli, ale wkrótce spostrzegłem, że znowu się zbliżają. Teraz już podstąpili śmielej, dziwacznie do siebie coś szepcąc. Otrząsnąłem się gwałtownie, krzyknąłem ochrypłym już głosem. Tym razem nie bardzo się nastraszyli, a gdy wracali do mnie znowu, usłyszałem dziwne ich chychoty. Przyznam się, że opanowała mnie trwoga straszliwa. Postanowiłem zaświecić zapałką i wymknąć się pod osłoną jej blasku. Tak też uczyniłem, a przedłużając blask płomienia przez zapalenie kawałka papieru, wyjętego z kieszeni, dostałem się szczęśliwie do wązkiego tunelu. Zaledwiem się tam wcisnął, światło zgasło. W ciemnościach słyszałem szmer ścigających mnie Morloków, jakby szum liści na wietrze; słyszałem dreptanie ich, jakby odgłos padającego deszczu.