Strona:PL Herbert George Wells - Nowele.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ nie, to ty.
— Nie, to nie ja.
— Ty! — z naciskiem gadał Wioch. — Nie, nie zamazuj mnie znowu, bo to prawda. Cały ranek szukałeś wyrazu dla mojej twarzy, ale w gruncie rzeczy nie masz najmniejszego pojęcia, jaki to ma być wyraz.
— Ale owszem — wołał Harringay.
— Nic a nic! — ciągnęła malowana postać — i to samo jest z twojemi wszystkiemi portretami. Kiedy zaczynasz obraz, to masz bardzo niejasne pojęcie o tem, co zrobisz. Zdaje ci się, że będzie to coś bardzo pięknego — jakaś rzecz religijna albo tragiczna, ale pozatem reszta jest sprawą przypadku, nieprzewidzianą i ślepą. Czy myślisz, że można w ten sposób malować?
Przypominam tu raz jeszcze, że o wszystkiem, co się opowiada niżej — nie mam innych dowodów, prócz świadectwa Harringaya.
— Chcę malować obraz tak, jak ja to rozumiem — odpowiedział zimno Harringay.