Strona:PL Herbert George Wells - Nowele.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czy musi zniknąć. Gdy to pójdzie precz, jeżeli dodam trochę ognia w oczach... Patrzcie, nie zauważyłem jeszcze tego błysku w źrenicy... A z tego mógłby być... kto? Pielgrzym namiętny? Hm! Z tej strony cieśniny — postać nieco djabelska... To coś nieokreślonego daje pewnie ten efekt — brwi są zbyt ukośne...
I przy tych słowach jeszcze bardziej opuścił storę, aby uzyskać lepsze światło; potem wziął znów paletę i pędzle.
Portret zdawał się żyć swojem własnem życiem i malarz nie mógł dojść, skąd pochodzi ten wyraz szatański. — Doświadczenie było konieczne. Brwi... lecz to nie mogło pochodzić z brwi. A jednak dotknął ich pędzlem. Nie, nie było lepiej, a nawet, prawdę mówiąc, było jeszcze bardziej szatańsko. Kąciki ust? Zawsze to przymarszczenie urągliwe, a teraz, po dotknięciu, ohydnie ponure. Więc oko? Katastrofa! Zdawało mu się, że używał barwy brunatnej, a tymczasem malował na czerwono. Oko teraz zdawało się poruszać w orbicie i rzucało mu płomieniste spojrzenia. Gniewnym ruchem, może przez od-