Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/386

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dla Boga! co powiadasz?
— Jest! Stałem przy wyłomie, w tem słyszę woła ktoś z drugiej strony po naszemu: „Nie strzelać, to ja!“ Patrzę, aż tu pan Muszalski, za janczara przebrany, wraca!
— Bogu chwała! — rzekł mały rycerz.
I skoczył witać łucznika. Dniało już. Pan Muszalski stał z tej strony wału w białaj kapuzie i karacenie, tak do prawdziwego janczara podobny, że oczom nie chciało się wierzyć. Ujrzawszy małego rycerza, skoczył ku niemu i poczęli się witać radośnie.
— Jużeśmi waści opłakali! — zawołał pan Wołodyjowski.
Wtem nadbiegło kilku innych oficerów, między nimi Ketling. Wszyscy zdumiewali się nadzwyczajnie, zaczem jęli wypytywać na wyścigi łucznika, jakim sposobem w tureckiem przebraniu się znalazł, ów zaś zabrał głos i tak mówił:
— Przewróciłem się, wracając, przez janczarskiego trupa i głową o kulę leżącą wyciąłem, a choć czapkę miałem drutem przeszywaną, zamroczyło mnie zaraz, ile że od owego uderzenia, którem od Hamdiego otrzymał, rozum miałem jeszcze zbyt na wszelaki szwank czuły. Budzę się tedy potem: leżę ja ci na janczarze zabitym, jak na łóżku. Macam głowę, boli nieco, ale nawet i guza niema. Zdjąłem czapkę, deszcz mi wychłodził czuprynę i myślę sobie: dobra nasza! Wtem przyszło mi do głowy: nużbym z owego janczara moderunek cały zdjął i między Turków poszedł? Przecie ja po turecku, tak jak po polsku, gadam i nikt mnie po mowie nie pozna, z gęby też janczara nie odróżnić. Pójdę, posłucham, co gadają. Strach chwilami brał, bo mi się dawna niewola przypomniała, alem poszedł. Noc ciemna, ledwie się tam gdzie niegdzie świeciło, to powiadam waściom żem tak sobie między nimi chodził, jak między swymi. Wielu z nich w rowach pod przykrywkami leżało; poszedłem i tam. Ten i ów mnie pyta: „Czego się włóczysz?“ — a ja na to: „Bo mi się nie chce spać!“ Innni też gwarzyli kupami o oblężeniu. Konsternacya między nimi wielka. Na własne uszy słyszałem, jak na obecnego tu naszego chreptiowskiego komendanta wyrzekali. (Tu pan Muszalski skłonił się Wołodyjowskiemu). Powtórzę ich ipsissima verba, bo to przecie wraża przygana na największą pochwałę wychodzi. „Dopóki — mówili — ten mały pies (tak psubraci waszą mość nazywali), dopóki ten mały pies zamku broni, nie zdobędziem go nigdy.“ Inny mówi: „Jego się kula i żelazo nie ima, a śmierć od niego na ludzi wieje, jak zaraza.“ Tu poczęli wszyscy w kupie narzekać: „My jedni się bijem (prawią), a inne wojska nic nie robią; dżamak leży brzuchami do góry, Tatarowie rabują, Spahia po bazarze się włóczy. Nam padyszach mówi: „Moi mili barankowie,“ ale widać niezbyt jesteśmi mili, skoro nas tu na jatki przyprowadzono. Wytrzymamy (prawią), ale niedługo, potem zaś do Chocimia się wrócim, a jeśli pozwoleństwa nie dostaniem, to mogą i jakie znaczne głowy spaść w ostatku.“