Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/359

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Baśka, stojąca na blankach starego zamku, i krzyknęła zaraz do stojącego obok pana Zagłoby:
— Michał leci! Michał leci!
— Tu go poznasz! — zawołał stary wojownik — patrz pilnie, patrz gdzie najprzód uderzy! Nie bój się!
Perspektywa trzęsła się w ręku Baśki. Ponieważ nie strzelano już w polu, ni z łuków, ni z janczarek, więc niezbyt trwożyła się o życie męża, ale ogarniał ją zapał, ciekawość i niepokój. Dusza i serce wyszły z niej w tej chwili i leciały za mężem. Pierś jej poczęła oddychać szybko, jasne rumieńce oblały twarz. W jednej chwili przechyliła się przez blanki, tak, iż pan Zagłoba musiał ją chwycić w pół, w obawie, by nie spadła w fosę — i krzyknęła:
— Dwóch leci na Michała!
— Dwóch będzie mniej! — odpowiedział pan Zagłoba.
Istotnie dwóch rosłych spahow wysforowało się przeciw małemu rycerzowi. Sądząc ze stroju, poznali, że to ktoś znaczniejszy, a widząc drobną postać jeźdźca, sądzili, że tanio sławę uzyszczą. Głupi! lecieli na oczywistą śmierć, gdy bowiem zwarli się opodal innych jeźdźców, mały rycerz nawet konia nie powstrzymał, ale mimochodem rozdał między nich dwa uderzenia, napozór tak lekkie, jak gdyby matka rozdała mimochodem dzieciom po szturchańcu, a owi padli na ziemię i wpiwszy się w nią palcami, poczęli drgać, jak para rysiów, których śmiertelne strzały jednocześnie dosięgną.
Mały rycerz zaś poleciał dalej ku jeźdźcom, wichrzącym się po polu i począł szerzyć klęski okropne. Jak gdy po ukończonej mszy wejdzie chłopiec z blaszaną pokrywką, osadzoną na kiju, gasi jedną po drugiej palące się przed ołtarzem świece, a ołtarz w cień się pogrąża — tak i on gasił na prawo i na lewo świetnych tureckich i egipskich jeźdźców, ci zaś pogrążali się w mrok śmierci. Poznali poganie mistrza nad mistrzami i omdlały w nich serca. Ten i ów zdarł konia, by ze strasznym mężem się nie spotkać; mały rycerz zaś rzucał się za uciekającymi, nakształt zjadliwego szerszenia i coraz to innego jeźdźca żądłem przeszywał.
Żołnierze od armaty zamkowej poczęli krzyczeć radośnie na ów widok. Niektórzy biegli do Basi i uniesieni zapałem, całowali kraj jej sukni, inni urągali Turkom. — „Baśka, hamuj się!“ — wołał co chwila pan Zagłoba, trzymając ciągle wpół panią Wołodyjowską, pani Wołodyjowska zaś miała ochotę śmiać się i płakać i w ręce klaskać i krzyczeć i patrzeć i lecieć za mężem w pole.
Ów dalej porywał spahów i egipskich beyów, aż wreszcie wołania: „Hamdi! Hamdi!“ rozległy się po całym polu. To wyznawcy proroka przywoływali wielkiemi głosami najtęższego ze swych wojowników, aby nareszcie zmierzył się ze straszliwym małym jeźdźcem, który zdawał się być śmiercią wcieloną.
Hamdi dostrzegł już małego rycerza oddawna, ale widząc jego czyny, zląkł się poprostu w pierwszej chwili. Strach mu było postawić naraz sławę wielką i młode życie przeciw tak złowrogiemu przeciwnikowi, więc umyślnie udał, że go nie widzi i na drugim końcu pola krążyć począł. Tam porwał właśnie pana Jał-