Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przeszli na stronę nieprzyjaciela. Nastała chwila wielce niebezpieczna: czambuł, wspomagany przez Lipków, w przypuszczeniu, że zdrada wywołała zamieszanie, uderzył wręcz i z wielkim impetem na pana podkomorzego. Na szczęście, Kijanie, zachęceni przykładem wodza, stawili dzielny opór, chorągiew zaś towarzyska złamała wkrótce nieprzyjaciela, który zresztą nie był w stanie dać regularnej polskiej jeździe odporu. Grudź przed mostem wnet pokryła się trupami, szczególnie Lipków, ci bowiem wytrwałej od zwykłych ordyńców dotrzymywali pola. Nacięto ich sporo jeszcze i w ulicach, poczem pan Lanckoroński, widząc, że od wody zbliżają się janczarowie, schronił się za mury, wysławszy wprzód do Kamieńca o posiłki.
Padyszach nie myślał zrazu tego dnia zdobywać żwańskiego zamku, mniemając słusznie, że go w mgnieniu oka, przy ogólnej wojsk przeprawie, pokruszy. Chciał tylko zająć miasto i w przypuszczeniu, że oddziały, jakie wysłał, są na to zupełnie wystarczające, nie wysłał więcej ni janczarów, ni ordy. Ci zaś, którzy już na tej stronie rzeki byli, po cofnięciu się pana podkomorzego w mury, zajęli ponownie miasto i nie paląc go, aby w przyszłości za schronisko im samym i innym oddziałom służyć mogło, poczęli w niem gospodarzyć szablą i kindżałem. Janczarowie chwytali młode niewiasty na żołnierską swawolę, mężów zaś i dzieci rąbali siekierami; Tatarzy braniem łupu byli zajęci.
Wtem z baszty zameczku ujrzano, iż od strony Kamieńca zbliża się jakowaś jazda. Zasłyszawszy o tem pan Lanckoroński, wyszedł sam na basztę, mając za sobą kilku towarzyszów i wysadziwszy perspektywę przez strzelnicę, patrzył długo i uważnie w pole, wreszcie rzekł:
— To lekka jazda z chreptiowskiego prezydyum, ta sama jazda, na której czele Wasilkowski do Hryńczuka chodził. Pewnie i teraz jego samego wysłano.
Poczem znów jął patrzeć:
— Widzę wolentarzy; pewnie Humiecki Wojciech!
A po chwili:
— Chwała Bogu! jest i sam Wołodyjowski, bo widzę dragonów. Mości panowie, wyskoczym i my z za murów i z Bożą pomocą wyżeniem nieprzyjaciela nietylko z miasta, ale całkiem za wodę!
To rzekłszy, zbiegł, co duchu, na dół, by swych Kijanów i towarzystwo sprawić. Tymczasem w mieście pierwsi Tatarowie dojrzeli nadciągające chorągwie i ałłakując przeraźliwie, poczęli się zbierać w czambuł. Po wszystkich ulicach rozległ się odgłos bębnów i szypuszów; janczarowie stanęli wnet sfornie, z całą tą szybkością, w jakiej mało która w świecie piechota mogła im dorównać.
Czambuł wyleciał, jakby wichrem wywiany, za miasto i skoczył na lekką chorągiew. Sam czambuł, prócz Lipków, których pan Lanckoroński napsuł wiele, był przecie trzykroć liczniejszy od załogi żwańskiej i nadciągających posiłkowych chorągwi, dla której to