Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


amen!“ Szable i rapiry wyszły ze zgrzytem z pochew i w kościele uczyniło się jasno od stali. Blask ów rozświecił groźne twarze, rozpalone oczy, i zapał wielki, niewypowiedziany, ogarnął szlachtę, żołnierzy, lud. Wtem uderzono we wszystkie dzwony, huknął organ, ksiądz biskup zaintonował: „Sub Tuum praesidium“ — sto głosów zabrzmiało w odpowiedzi — i tak modlono się za twierdzę, która była strażnicą chrześcijaństwa i kluczem Rzeczypospolitej.
Po ukończeniu nabożeństwa, Ketling z Wołodyjowskim wyszli z kościoła, trzymając się pod ręce. Żegnano i błogosławiono ich po drodze, bo nikt nie wątpił, że pierwej polegną, nim zamek oddadzą. Ale nie śmierć, jeno zwycięstwo i sława zdawały się nad nimi unosić — i prawdopodobnie wśród tych wszystkich tłumów oni jedni tylko wiedzieli, jak straszną związali się przysięgą. Może także przeczuwały zagładę, jaka zawisła nad ich głowami, dwa kochające serca, bo ni Basia, ni Krzysia, nie mogły się uspokoić, a gdy wreszcie Wołodyjowski znalazł się w klasztorze przy żonie, ta zanosząc się i łkając, jak małe dziecko, przytuliła się do jego piersi i tak rzekła przerywanym głosem:
— Pamiętaj… Michałku, że… broń Boże na ciebie nieszczęścia… ja… ja… nie wiem… co… się… ze mną… stanie!…
I poczęła się trząść z uniesienia; mały rycerz wzruszon był także bardzo. Żółte jego wąsiki wysuwały się i cofały przez chwilę, wreszcie rzekł:
— A no, Baśka… trzeba było, no!…
— Wolałabym umrzeć! — rzekła Basia.
Usłyszawszy to, mały rycerz począł jeszcze prędzej wąsikami ruszać i powtórzywszy kilkakrotnie: „Cicho, Baśka!… cicho!“ — tak wreszcie ozwał się dla uspokojenia kochanej nad wszystko niewiasty:
— A pamiętasz, jak mi cię Pan Bóg wrócił, com powiedział: powiedziałem tak: „Na jaką mnie, Panie Boże, kontentacyę stać? taką ci obiecuję. Po wojnie, jeśli ostanę żyw, kaplicę będę erygował, ale czasu wojny muszę czegoś znacznego dokazać, aby Cię niewdzięcznością nie nakarmić“. Co tam zamek! mało i tego za takowe dobrodziejstwo! Przyszła pora! Zali godzi się, aby Zbawiciel powiedział sobie: „Obiecanka cacanka?“ Niechby mnie wprzód kamienie zamkowe potłukły, nimbym miał kawalerski parol, Bogu dany, ztamać! Trzeba, Baśka! — i cała rzecz!… Bogu, Baśka, ufajmy!…