Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/342

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nowowiejski iść nie może, bo mu głowa gorzeje — odparł pan Wołodyjowski, — leży on na łożu i o Bożym świecie nie wie!
— Tymczasem radźmy, gdzie kto stanie i której bramy bronić — ozwał się ksiądz biskup.
Wszystkich oczy zwróciły się na generała podolskiego, ów zaś rzekł:
— Zanim rozkazy wydam, rad zdania doświadczonych żołnierzy posłucham, że zaś eksperyencyą wojenną pan Wołodyjowski tu góruje, jego pierwszego do głosu wzywam.
Wołodyjowski radził przedewszystkiem zamki, przed miastem leżące, dobrze osadzić, bo mniemał, iż właśnie na owe zamki zwróci się głównie impet nieprzyjacielski. Inni poszli za jego mniemaniem. Było tysiąc sześćdziesiąt piechoty, którą rozdzielono w taki sposób, iż prawą stronę zamku osadził pan Myśliszewski, lewą pan Humiecki, sławny ze swoich przewag pod Chocimem. Od Chocimia, w miejscu najniebezpieczniejszem, stanął sam pan Wołodyjowski, niżej umieszczono oddział Serdiuków, stronę od Zinkowic osłaniał major Kwasibrocki, południe pan Wąsowicz, a bok od dworca kapitan Bukar, z ludźmi pana Krasińskiego. Byli to wszystko nie wolontarze jakowiś, ale żołnierze z zawodu, wyborni i w boju tak wytrzymali, że nie łatwiej inni znosili upał słoneczny, niż oni ogień z dział. Prócz tego w wojskach Rzeczypospolitej, zawsze nielicznych, służąc, przywykli od młodych lat dawać odpór dziesięćkroć potężniejszemu nieprzyjacielowi i za rzecz naturalną to uważali. Ogólny nadzór nad zamkową artyleryą miał urodziwy Ketling, który biegłością w kierowaniu armat wszystkich przewyższał. Komenda główna w zamku miała być przy małym rycerzu, któremu zaraz pan generał podolski pozostawił wolność czynienia wycieczek, ilekroć zdarzy się potrzeba i sposobność.
Owi zasie, dowiedziawszy się, gdzie który będzie stał, uradowali się w sercach i krzyk znaczny podjąwszy, oraz trzaskanie rapiorami uczyniwszy, tym sposobem swoją ochotę okazali. Słysząc to, pan generał podolski, rzekł do własnej duszy:
— Nie wierzyłem, byśmy się obronić zdołali i bez wiary tu przybyłem, sumienia jeno słuchając, ale przecie kto wie, czy z takimi żołnierzami nie zdołamy odbić nieprzyjaciela? Sława na mnie spadnie i za drugiego Jeremiego mnie ogłoszą, a w takim razie, bogdaj, jeżeli nie szczęśliwa przywiodła mnie tu gwiazda!
I jak dawniej wątpił o obronie, tak teraz począł wątpić o zdobyciu Kamieńca, zaczem fantazya jego wzrosła i raźniej już o obsadzeniu samego miasta naradzać się począł.
Uradzili więc, aby w samem mieście, przy bramie Ruskiej, stanął pan Makowiecki, z garścią szlachty, polskich mieszczan, w bitwie od innych wytrzymalszych, tudzież z kilkudziesięciu Ormian i Żydów. Zaś bramę Łucką oddano panu Gródeckiemu, przy której rząd nad armatą pan Żuk i pan Matczyński objęli. Zaś straż placową przed ratuszem objął pan Łukasz Dziewanowski; zaś pan Chocimirski za Ruską bramą nad hałaśliwym ludem Cyganów wziął dowództwo. Zaś od mostu, aż pod dwór pana Sinickiego, za-