Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/316

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dopieroż my chyłkiem ruszymy za nimi i pognamy za sobą aż hen do Kamieńca.
— A tak i tamtego psubrata możem nie dostać! — zauważył jeden z szeregowych.
— Stul gębę! — odparł Luśnia. — Któż pójdzie przodem, jeśli nie Lipki?
Jakoż przewidywania wachmistrza zdawały się sprawdzać. Nowowiejski, dotarłszy do Raszkowa, dał wypoczynek żołnierzom. Byli już wszyscy pewni, że następnie pójdą ku pieczarom, których pełno było w całej okolicy i tam zatają się, aż do przybycia pierwszych nieprzyjacielskich zagonów.
Lecz drugiego dnia postoju komendant podniósł chorągiew na nogi i powiódł ją za Raszków.
Aż do Jahorlika pójdziemy, czy co? — mówił — sobie wachmistrz.
Tymczasem, zaraz za Raszkowem, zbliżyli się tuż do rzeki, a w kilka pacierzy stanęli nad tak zwanym „krwawym brodem.“ Wówczas Nowowiejski, nie rzekłszy ni słowa, wparł konia w wodę i jął przeprawiać się na drugą stronę.
Żołnierze poczęli spoglądać na siebie ze zdumieniem. „Jakże to? do Turków idziem?“ — pytał jeden drugiego. Ale nie byli to „mościpanowie“ z pospolitego ruszenia, gotowi do narad i protestów, jeno żołnierze prostacy, wezwyczajeni do żelaznej, stanniczej karności; więc za komendantem wparł konie w wodę pierwszy szereg, za nim drugi, trzeci. Nie było najmniejszego wahania. Dziwili się, że w trzysta koni idą do państwa tureckiego, któremu cały świat nie może podołać, ale szli. Wkrótce rozkołysana woda poczęła chlupać koło końskich boków, więc i przestali się dziwić, a myśleli jeno o tem, żeby sakw ze spyżą dla siebie i dla koni nie zamoczyć.
Dopiero na drugi dzień poczęli znów spoglądać po sobie:
— Dla Boga! to my już w Multanach! — zabrzmiały ciche szepty.
I jaki taki obejrzał się za siebie, za Dniestr, który w zachodzącem słońcu błyszczał, jak złota i czerwona wstęga. Skały nedbrzeżne, pełne pieczar, także skąpane były w jaskrawych blaskach. Wznosiły się one jak mur, który oto w tej chwili przedzielił tę garść ludzi od ojczyzny. Dla wielu z nich było to zapewne ostatnie pożegnanie.
Przez głowę Luśni przeszła myśl, że może komendant oszalał; ale komendanta rzeczą było rozkazywać, jego słuchać.
Tymczasem konie, wyszedłszy z wody, poczęły w szeregach parskać okrutnie. „Zdrów! zdrów!“ — rozległy się głosy żołnierskie. Poczytano to za dobrą wróżbę i jakowaś otucha wstąpiła w serca.
— Ruszaj! — zakomenderował Nowowiejski.
Szeregi ruszyły i poszły ku zachodzącemu słońcu i ku owym tysiącom, ku owemu rojowisku ludzkiemu, ku owym narodom, stojącym na Kuczunkaurach.