Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


po wołoskiej stronie, przechodząc razwraz graniczną rzekę, w miarę, jak przyciskali ich perkułabowie lub komendanci Rzeczypospolitej. W jarach i lasach, w jaskiniach, mieli oni swe kryjówki niedostępne. Głównym celem ich napadów były stannicze stada wołów i koni, które nawet w zimie nie schodziły ze stepów, same sobie pożywienia pod śniegami szukając. Ale prócz tego napadali na wsie, miasteczka, osady, na pomniejsze komendy, na kupców polskich, a nawet tureckich, na pośredników, z okupem do Krymu jadących. Miały owe kupy swój ład i swych wodzów, ale łączyły się rzadko. Częstokroć zdarzało się nawet, że mniej liczne były wycinane przez liczniejsze. Namnożyło się ich wszędy w krajach ruskich bardzo wiele, zwłaszcza od czasu wojen kozacko-polskich, gdy wszelkie bezpieczeństwo w owych stronach znikło. Naddniestrzańskie watahy, podsycane przez zbiegów ordzińskich, szczególniej były groźne. Widywano niektóre do pięciuset głów liczące. Przywódcy ich przybierali tytuł beyów. Pustoszyli oni kraj sposobem zupełnie tatarskim i nieraz istotnie sami komendanci nie wiedzieli, czy mają robotę ze zbójami, czy też z przodowemi czambułami całej ordy. Komputowym wojskom, zwłaszcza jeździe Rzeczypospolitej, kupy owe nie były zdolne w polu dostać, ale zapędzone w matnię, biły się po desperacku, wiedząc dobrze, że wziętych w niewolę czeka powróz. Broń ich była rozmaita. Łuków i strzelb im brakło, które zresztą do nocnych napadów mało byłyby im przydatne. Większa część zbrojna była w handżary i jatagany tureckie, w kiścienie, w szable tatarskie i w pół-szczęki końskie, wpuszczane w młode dębczaki i umocnione powrózkiem. Owa ostatnia broń, w silnych ręku, straszliwe oddawała posługi, bo kruszyła każdą szablę. Niektórzy mieli widły, bardzo długie, ostro żelazem okute; niektórzy wreszcie rohatyny. Te w nagłych razach przeciw jeździe nadstawiali.
Wataha, która zatrzymała się u Sierocego Brodu, musiała być bardzo liczną, albo w ostatnich znaleźć się na multańskiej stronie terminach, skoro odważyła się podejść pod Chreptiowską komendę, mimo postrachu, jaki samo imię pana Wołodyjowskiego we wszystkich obubrzeżnych rabusiach obudzało. Jakoż drugi podjazd przyniósł wiadomość, że składała się ona z czterystu przeszło głów, pod wodzą Azba-beya, słynnego grasanta, który od kilku lat napełniał postrachem i polską i multańską stronę.
Ucieszył się pan Wołodyjowski, gdy dowiedział się, z kim będzie miał do czynienia i zaraz stosowne wydał rozkazy. Prócz Mellechowicza i pana Motowidły, poszła chorągiew pana generała podolskiego i pana podstolego przemyskiego. Poszły one jeszcze w nocy i rzekomo w różne strony, ale jako rybacy szeroko założą niewodem, aby następnie zejść się przy jednej przerębli, tak i owe chorągwie, rozległem idąc koliskiem, miały się zejść o brzasku przy Sierocym Brodzie.
Basia asystowała z bijącem sercem wyjściu wojsk, jako że miała to być jej pierwsza wyprawa, i rosło w niej serce na widok sprawności tych starych wilków stepowych. Wychodzili tak cicho,