Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/044

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


na nich, siekąc przez pół mili, nie mogła dłużej wytrzymać panna Jeziorkowska, więc klasnąwszy z całej siły w ręce, zakrzyknęła:
— Chciałabym tam być, dalipan!
— Baśka! — zawołała tłuściuchna pani Makowiecka wybitnym rusińskim akcentem — toż tu między polityczny naród przyjechałaś, odzwyczaj–że się od swoich „dalipan!“ Tego tylko, Boże wielki braknie, żebyś zakrzyknęła: „Niech mnie kule biją!“
Panienka roześmiała się świeżym i dźwięcznym jak srebro śmiechem i nagle uderzyła się rękami po kolanach.
— No! to niech mnie kule biją, ciotula!
— O Boże! uszy więdną! Przeproś całe towarzystwo! — wołała pani stolnikowa.
Wówczas Baśka, chcąc zacząć od pani stolnikowej przeprosiny, zerwała się z miejsca, ale zarazem zrzuciła pod stół nóż i łyżkę, więc następnie sama nurknęła za niemi.
Okrągluchna pani stolnikowa nie mogła dłużej śmiechu powstrzymać, a miała dziwny śmiech, bo naprzód zaczęła się trząść i podrygiwać, a potem piszczeć cienko. Rozweselili się wszyscy. Zagłoba był zachwycony.
— Patrzcie państwo, co ja mam z tą dziewczyną! — powtarzała trzęsąc się stolnikowa.
— Czyste delicye, jak mnie Bóg miły! — mówił Zagłoba.
Tymczasem panna Basia wylazła z pod stolu, łyżkę i nóż znalazła, ale zgubiła siatkę z głowy; czupryna calkiem jej spadla na oczy. Wyprostowawszy się, poruszyła nozdrzami i rzekła:
— Aha. Śmiejcie się waćpaństwo z mojej konfuzyi. Dobrze!
— Nikt się nie śmieje — rzekł tonem przekonania Zagłoba — nikt się nie śmieje! nikt się nie śmieje! Cieszymy się tylko, że nam Pan Bóg radość w osobie waćpanny zesłał:
Po wieczerzy przeszli do bawialnej izby. Tam panna Drohojowska, ujrzawszy wiszącą na ścianie lutnię, zdjęła ją i poczęła w strunę brząkać. Wołodyjowski prosił jej, żeby zaśpiewała co do wtóru, ona zaś odrzekła z prostotą i dobrocią:
— Gotowam, jeśli troskę z waćpanowej duszy wygnać zdołam…
— Dziękuję! — odpowiedział mały rycerz, podnosząc na nią z wdzięcznością oczy.
Po chwili śpiew się rozległ:

„Wierzcie, rycerze,
Na nic pancerze,
Na nic się tarcze zdały.
Przez stal, żelazo,
W serce się wrażą
Kupida ostre strzały!“

— Już nie wiem jak waćpani dziękować — mówił Zagłoba, siedząc opodal z panią stolnikową i całując ją po rękach — żeś i sama przyjechała i tak foremne dziewki ze sobą przywiozła, że Gracye same mogłyby przy nich w piecu palić. Szczególniej mi ów hajduczek do serca przypadł, bo to ci taka bestyjka tak smutki rozgoni, że