Strona:PL Hans Christian Andersen - Książka z obrazkami bez obrazków.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dwudziesty szósty wieczór.


„Było to wczoraj o świcie,“ są to własne słowa księżyca; „jeszcze nie dymiło się z żadnego z kominów wielkiego miasta — a właśnie na kominy patrzyłem; z jednego z nich w tejże samej chwili wysunęła się mała głowa, potem tułów, ramiona spoczywały na kraju komina. „Hura!“ był to mały kominiarczyk, który poraz pierwszy w swem życiu wyspinał się na sam wierzch komina i wytknął zeń głowę. „Hura!“ Tak, to co innego, jak się spinać w ciasnych rurach i wąskich kominach! Powietrze takie świeże i można całe miasto aż po brzegi zielonego lasu widzieć. Właśnie wschodzi słońce, okrągłe i duże świeci mu w samą twarz, która promienieje radością, chociaż porządnie zamorusana. „Teraz może mnie widzieć całe miasto — i księżyc i słońce w dodatku! „Hura!“ wykrzykiwał i wywijał przy tem swą miotłą.“


Dwudziesty siódmy wieczór.


„Przeszłej nocy patrzyłem z góry na jakieś miasto w Chinach,“ mówił księżyc, „promienie moje oświecały długie, nagie mury domów, tu i owdzie widać wprawdzie drzwi, ale zamknięte; cóż obchodzi Chińczyka cały świat naokół? Gęste żaluzye zasłaniają okna poza