Strona:PL Guy de Maupassant - Horla.djvu/031

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


2. sierpnia. — Nic nowego: pogoda przecudna. Spędzam dnie na przypatrywaniu się falom płynącej Sekwany.
4. sierpnia. — Kłótnie wśród mojej służby. Utrzymują, że w nocy tłucze ktoś szklanki w szafach. Lokaj obwinia kucharkę, ta wini praczkę, a ta znów innych dwoje. Kto z nich właściwie winien? — mądry, kto zgadnie.
6. sierpnia. — Tym razem nie jestem szalony!... Widziałem! widziałem! widziałem!... Nie mogę już teraz wątpić... widziałem!... Do tej chwili zimno przejmuje mnie po same końce palców... do szpiku kości przenika mnie strach... Widziałem!...
Przechadzałem się o godzinie drugiej po słońcu wśród moich szklarni z różami... szpalerem róż jesiennych, które poczynają obecnie kwitnąć.
Zatrzymawszy się właśnie przed jedną z nich, aby obejrzeć trzy wspaniałe kwiaty, jakiemi się pyszniła, ujrzałem — ale to ujrzałem najwyraźniej, o krok odemnie, jak łodyżka jednej z nich zgina się, niby pod naciskiem niewidzialnej ręki, poczem nagle złamała się, jak gdyby kwiat zerwano!... W ślad za tem róża uniosła się, opisując łuk, jakiby zakreśliła ręka, podnosząca ją ku czyjejś twarzy i zatrzymała się, zawieszona w przeźroczem powietrzu, tworząc niepołączoną z niczem, nieruchomą, straszliwą pąsową plamę tuż przed mojemi oczyma...
Skoczyłem w jej stronę jak szaleniec, by ją