Strona:PL Gould - Gwiazda przewodnia.djvu/005

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ I.

Był mroźny, przykry, zimowy poranek. Śnieg, padający przez całą noc, zaściełał białym całunem ziemię, a ostry wiatr północny tamował oddech w piersiach.
Mieszkańcy małej wioski Wyn chronili się przed zimnem w szczelnie opatrzonych domach, które wyglądały posępnie i szaro wśród cieni brzasku zaledwie budzącego się dnia. Jedynie tylko wiejska gospoda, o żółto malowanych wrotach i zielonych okiennicach, której okna były oświetlone, zdradzała ślady życia wewnątrz. Na ganku jej, jako tako od wichru osłonionym, stały trzy osoby, zbite w jedną gromadkę.
— Coś się dzisiaj spóźnia ta kareta — zauważył barczysty mężczyzna, zajęty zeskrobywaniem śniegu z progu.
— I nie dziwota, na taki psi czas — odparł drugi, zawiązując silniej dokoła szyi czerwony włóczkowy szalik.
— Dokądże ta mała jedzie, Barneju?
— Do Seybrock (Sejbruk) — odparł zapytany. — Do brata Darbiego, Mac-Keona (Mak Kiona). Jak wam wiadomo, Sandy, ten poczciwiec Darbi zmarł wczoraj. Panie świeć nad jego zacną duszą! A Judyta... Cóż, Margie (Mardżi) kochanie — przerwał, zwracając się do stojącej obok dziewczynki — nie boli cię już rączka, w którą cię żona Darbego tak silnie uderzyła?
Zagadnięta w ten sposób dziewczynka podniosła ku mówiącemu bladą swoją twarzyczkę, na której wyraźne były ślady cierpienia, i próbowała uśmiechnąć się smutnie.
— Więc to ta mała — rzekł Sandy — o której opowiadaliście mi kiedyś, Barneju, że...
— Tak, tak — szybko przerwał Barnej wybitnym irlandzkim akcentem, świadczącym wymownie o jego zamorskiem pochodzeniu. — Ale nie wspominajcie o tem. Widzicie — dodał, zniżając głos — mała jest nad wiek swój rozwinięta i gdyby wie-