Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Siądź i napisz! Dużo ci to czasu zajmie, trzy listy napisać! Ty tak „naturalnie" opowiadasz — dodał, usiłując ukryć uśmiech — a Iwan Aleksiejewicz mógłby przepisać...
— O, co jeszcze wymyślisz! — odpowiedział Tarantjew. — Mam jeszcze pisać! Ja już i w urzędzie od trzech dni nie piszę. Jak tylko siądę do pisania, zaraz łza z lewego oka płynie, a gdy się schylę — głowa mi się kręci... Leniwiec z ciebie, leniwiec! Za kopiejkę nawet nie pójdziesz, IIja Iljicz.
— Ach, żeby choć Andrej rychlej wrócił! — powiedział Obłomow — onby poprawił wszystko.
— Ot, znalazłeś dobrodzieja! — przerwał mu Tarantjew. — Niemiec przeklęty, zręczna szelma!
Tarantjew odczuwał jakieś tajemnicze obrzydzenie w stosunku do cudzoziemców. W jego oczach Francuz, Niemiec, Włoch, Anglik byli synonimami oszusta, szachraja, rozbójnika. Nawet nie robił różnicy w narodowościach, wszyscy w jego oczach byli jednacy.
— Słuchaj Michej Andreicz! — ostro odezwał się Obłomow — prosiłem cię, abyś nie rozpuszczał języka, szczególnie o człowieku, którego cenię, który jest mi bliski...
— Bliski? — z nienawiścią odezwał się Tarantjew. — Cóż on — krewny jaki? Niemiec — wiadomo, i koniec.
— Bliższy od wszelkich krewnych... Ja wspólnie z nim rosłem, chodziłem do szkoły i nie pozwolę obrażać...
Tarantjew poczerwieniał ze złości.
— Ha, jeśli ty mnie zamieniasz na Niemca, to noga moja więcej u ciebie nie postanie.