Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tamtą stroną, po drodze kupię. Muszę jeszcze zajść do znajomego.
Obłomow przewracać począł w pudełeczku i wyjął dziesięciorublową czerwoną asygnatę.
— Madera kosztuje siedem rubli, a tu masz dziesięć — zauważył.
— Daj wszystko, sam resztę zwrócę. Nie bój się.
Pochwycił z rąk dziesięciorublówkę i zręcznie wsunął do kieszeni.
— No, więc idę! — zawołał Tarantjew — a na piątą godzinę wrócę. Muszę jeszcze tu i owdzie zajść. Obiecano mi jakieś zajęcie w kantorze monopolowym... kazano się dowiadywać... Ale ot co, Ilja Iljicz, czybyś ty dzisiaj nie najął powozu do Katerinenhof — i mnie byś zabrał.
Obłomow głową pokiwał przecząco.
— Lenistwo czy skąpstwo? Tyś worek prawdziwy — powiedział. — Tymczasem — dowidzenia.
— Poczekaj, Micliej Andreicz! — zawołał Obłomow. — Muszę się z tobą naradzić w pewnej sprawie.
— Cóż tam jeszcze? Mów prędzej, nie mam czasu.
— Widzisz... dwa nieszczęścia na mnie spadły nagle. Z mieszkania pędzą...
— Pewnie nie płacisz, więc słusznie! — odpowiedział Tarantjew i chciał odejść.
— Gadaj z nim! Komorne ja zawsze naprzód płacę. Wcale nie, moje mieszkanie chcą przerabiać... Ależ poczekaj! Dokąd śpieszysz ? Powiedz, co robić? Naglą... powiadają, ażebym się za tydzień wynosił...
— Cóż ja za doradca jestem? Daremnie wyobrażasz sobie...
— Ja zupełnie nic sobie nie wyobrażam. Nie