Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mniejsza o nazwisko — to jakieś niepełne, niejasne, bezosobiste przypomnienie masy ludowej, głuchy jej odblask.
Nawet Zachar w czasie otwartych swoich gawęd przy bramie lub w sklepiku, charakteryzując różnych gości swego barina, zawsze się zacinał, ile razy wspomnieć wypadało tego... Aleksiejewa. Długo namyślał się, długo szukał jakiegoś wybitnego rysu w jego zewnętrznej postaci, w zachowaniu się lub charakterze, ażeby można się było uczepić, machał zwykle ręką i mówił: ten ani z pierza ani z mięsa.
— A! — powitał go Obłomow. — To pan, panie Aleksiejew. Dzień dobry panu... Proszę się nie zbliżać... nie wyciągnę do pana ręki, pan z zimnego powietrza przychodzi!
— Co panu Pan Bóg dał! Jakie zimne powietrze. Nie miałem zamiaru zupełnie zachodzić dziś do pana — rzekł Aleksiejew, — ale spotkałem Owczynina, który mnie zaprowadził do siebie. Ja po pana przychodzę, Ilja Iljicz. Pojedziemy do Owczynina. Tam Matwiej Andreicz, Aljanow, Kazimir Albertowicz Pchajło, Wasyl Sewastjanowicz Kołymiakin.
— Pocóż się oni tak zebrali i czego chcą ode mnie?
— Owczynin prosi pana na obiad.
— Hm... na obiad... — powtórzył Obłomow obojętnie.
— A potem wszyscy jadą do Katerinenhofu. Kazali panu powiedzieć, abyś pan powóz wynajął.
— A tam co robić?
— Jakto — co? Dziś tam zabawa. Nie wie pan chyba, że dziś pierwszego Maja?
— Poczekaj pan, ja pomyślę — odpowiedział Obłomow.