Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


II.

Wszedł młody człowiek około 25 lat, obraz zdrowia. Usta, policzki, oczy śmiały mu się. Zazdrość brała patrzeć na niego.
Uczesany i ubrany był bez zarzutu. Świeżością błyszczała jego bielizna, twarz, rękawiczki, frak. Przy kamizelce wisiał elegancki łańcuszek, obciążony mnóstwem breloków. Wyjął z kieszeni cieniuchną batystową chusteczkę, wciągnął zapach jakichś wschodnich perfum, niedbale otarł nią twarz, wygładził kapelusz, otrzepał lakierowane trzewiki.
— A, Wołkow! Jak się pan miewa! — krzyknął Ilja Iljicz.
— Jak się pan ma, panie Obłomow — mówił, zbliżając się do niego elegancki jegomość.
— Proszę się nie zbliżać, nie zbliżać! — wołał Obłomow — pan przychodzi z zimnego powietrza!
— O, pieszczochu, sybaryto — mówił Wołkow, rozglądając się, gdzieby położyć kapelusz i, widząc, że wszędzie kurz, zatrzymał go w ręku; rozsunął obie poły fraka, aby usiąść na krześle, ale wpatrzywszy się pilnie — stał.
— Pan jeszcze nie wstał! Jakiż pan ma na sobie szlafrok! Takie już dawno wyszły z mody — usiłował niby zawstydzić Obłomowa.
— To nie szlafrok, to chałat bucharski — od-