Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pomiędzy Niemcami dużo jest takich, — ponuro zauważył Zachar.
— Otóż to! A ja? Jak myślisz? Ja także „inny?“
— Pan zupełnie inny — odpowiedział żałośnie Zachar, nie rozumiejąc wcale, czego wymaga od niego barin. Bóg wie, co się to stało...
— Ja zupełnie „inny" — tak? Uważaj tylko, co ty mówisz! Zastanów się, jak „inny" mieszka, żyje. „Inny“ pracuje bezustauku, biega, kłopocze się — mówił Obłomow — jeśli nie zapracuje, to i jeść nie ma co. „Inny“ kłania się, „inny“ prosi, poniża się... A ja? Ha, decyduj! Jak ty myślisz, czy ja także „inny“ — co?
— Przestań już, batiuszka, męczyć mnie żałosnemi słowy — prosił Zachar. Ach, ty Boże mój!
— Ja „inny“! Czy ja szamoczę się o kawałek chleba, czy ja pracuję? Nie mam co jeść — co? Czy ja wyglądam tak, jakby na mnie była skóra i kości? Czy mnie braknie czegokolwiek? Podać, usłużyć, zrobić coś — jest komu. Ja ani razu nie wciągnąłem sobie skarpetki na nogi, od kiedy żyję, Bogu dzięki! O co się mam troszczyć i dlaczego? Komuż ja to mówię? Przecież ty od dzieciństwa mnie obsługiwałeś. Ty wszystko wiesz, wszystko widziałeś. Wierzę, że ja wychowany jestem miękko, że ani chłodu ani głodu nigdy nie zaznałem, nędzy nie znam, na chleb codzienny nie pracowałem i wogóle grubą robotą nie zajmowałem się. Jakże to tobie starczyło odwagi porównywać mnie z „innymi“? Czyż moje zdrowie takie, jak tych „innych?“ Czyż ja mogę wszystko to robić, co oni? Wszystko to znosić?
Zachar stracił stanowczo wszelką możność zro-