Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z pajęczyny, wiszące nad obrazami i pająka, jakby żywe oskarżenie jego niedbalstwa.
— Zachar! — cicho ale z godnością przemówił IIja Iljicz.
Zachar milczał i myślał: „Czego mu jeszcze trzeba? Drugiego Zachara, czy co? Przecież ja tutaj stoję“ — i wzrok swój przesunął z lewej na prawą stronę, jakby omijając Obłomowa. Tam 0 niedbalstwie jego mówiło lustro, na którem na podobieństwo koronki przyczepiły się złomy kurzu i odbijało jego własną posępną i wcale nie piękną twarz. Z niechęcią odwrócił oczy od tego przykrego a tak mu dobrze znanego przedmiotu i zdecydował się wzrok swój na chwilkę zatrzymać na IIji Iljiczu.
Nie zdołał jednak oprzeć się wyrazowi wymówki, jaki widział w twarzy Ilji Iljicza i wzrok spuścił na dół. Tu znowu dywan, poplamiony, piętnami kurzu pokryty, świadczył o niezbyt wielkiej jego pilności.
— Zachar! — z uczuciem powtórzył Ilja Iljicz.
— Czego pan sobie życzy? — ledwie dosłyszalnym głosem przemówił Zachar i drgnął niedostrzegalnie, przeczuwając patetyczną mowę.
— Podaj mi kwasu! — rzekł Ilja Iljicz.
Lżej się zrobiło na sercu Zacharowi. Uradowany rzucił się zręcznie, jak chłopak, w stronę bufetu i kwas przyniósł.
— Jakże się czujesz? — łagodnie spytał Ilja Iljicz, nadpiwszy trochę kwasu i trzymając jeszcze szklankę w ręku. Prawda, że niedobrze?
Posępny wyraz twarzy Zachara nagle złagodniał, a w oczach jego błysnęło światełko żalu za winy. Ogarnęło go uczucie pewnej czci dla swego pana.
Począł wprost patrzyć mu w oczy.