Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Doktór! Jakie losy sprowadziły tu pana! — krzyknął Obłomow, wyciągając jedną ręką do gościa, a drugą podsuwając mu krzesło.
— Widzę, że pan ciągle zdrów... nie woła mnie... nudziłem się i sam przyszedłem — odpowiedział żartując doktór. — Nie — dodał potem poważnie — byłem o piętro wyżej u pańskiego sąsiada i przyszedłem pana odwiedzić.
— Dziękuję. A cóż to sąsiadowi?
— Co... trzy, cztery tygodnie, a może do jesieni dociągnie, a potem... woda w piersi... koniec wiadomy. No, a pan jak?
Obłomow smutnie pokiwał głową.
— Źle, doktorze. Myślałem właśnie poradzić się pana. Nie wiem, co mam robić. Żołądek prawie nie funkcjonuje... pod piersiami czuję ciężar... zgaga mnie męczy, oddech ciężki... — recytował z miną zafrasowaną Obłomow.
— Daj pan rękę... — Doktór ujął puls i na minutę oczy przymrużył. — A kaszel jest? — zapytał.
— Nocami... zwykle po kolacji.
— Hm... Odczuwa pan mocniejsze bicie serca? Głowa boli?
Doktór zrobił jeszcze kilka podobnych pytań, potem pochylił swoją łysinę i głęboko zamyślił się. Po dwóch minutach nagle podniósł głowę i głosem stanowczym rzekł:
— Jeśli pan jeszcze dwa, trzy lata przemieszka w tym klimacie, będzie pan ciągle leżeć, jeść tłuste i ciężkie potrawy — skończy pan na apopleksję.
Obłomow zadrżał.
— Cóż mam robić? Na miłość Boga, niech pan da jaką radę.