Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i inne znane mu twarze. Po wieczerzy idą spać...
Twarz Obłomowa nagle zapłonęła rumieńcem szczęścia. Marzenie było tak jasne, żywe, pełne poezji, że mimowoli pochylił się do poduszki. Uczuł nagle pragnienie pokochania kogoś i cichego szczęścia; zapragnął oglądać pola i wzgórza swojej ojcowizny, swego domu, posiadania żony, dzieci...
Poleżawszy kilka minut spokojnie, znowu się na grzbiet położył. Na twarzy jego malowało się łagodne, wzruszające uczucie szczęśliwości.
Z pewną przyjemnością i powoli wyciągnął nogi, skutkiem czego spodnie od dołu zawinęły się nieco, ale nie spostrzegł nawet tego małego nieporządku. Usłużne marzenie unosiło go lekko i wolno w daleką przyszłość.
Teraz ogarnęła go ulubiona myśl, marzył o maleńkiej kolonji przyjaciół, którzy będą mieszkać w folwarczkach lub fermach, oddalonych od niego o dziesięć, piętnaście wiorst dookoła jego wsi i naprzemiany codziennie będą się odwiedzać wzajemnie, wspólnie spożywać obiady, wieczerze, tańczyć. Marzyły mu się tylko jasne, słoneczne dnie, pogodne twarze bez trosk, bez zmarszczek na czole, uśmiechnięte zawsze, okrągłe, z mocnym rumieńcem, z podwójnym podbródkiem, z niezawodzącym nigdy apetytem. Marzyło mu się wieczne lato, wesołość, dobra kuchnia, miękkie lenistwo...
— Boże! Boże! — wymówił w pełni swego szczęścia — i ocknął się.
Z dziedzińca pięć głosów naraz wrzeszczało:
— Ziemniaków! Piasku! Piasku! Węgle! Węgle! Dajcie cokolwiek miłosierni państwo na budowę domu bożego!