Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/571

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jestem tutaj, siostro moja — odrzekła dama. Nie czas teraz na łzy. Podaj mi coprędzej moje suknie.
Dziewczyna, uspokojona nieco jej głosem, wbiegła na dach. Ujrzawszy jednak swoją panią, nie do boskiego stworzenia, ale do na pół zwęglonego pnia podobną, oszpeconą i nago na ziemi leżącą, rwać sobie włosy poczęła i wylewać łzy jak nad umarłą. Wdowa wezwała ją, aby się uspokoiła i pomogła jej przedewszystkiem się ubrać. Dowiedziawszy się zaś od służki, że krom niej i robotnika nikt o całej sprawie nie wie, pocieszyła się znacznie i zaklęła tylko świadków, aby wieczną i głęboką tajemnicę zachowali.
Po krótkiej rozmowie robotnik wziął na plecy damę, nie mogącą iść o własnych siłach i zniósł ją szczęśliwie z wieży. Natomiast nieszczęsna służka, która w tyle pozostała, schodząc widać z mniejszą ostrożnością z drabiny, poślizgnęła się na jednym z wyższych szczebli, spadła na ziemię i złamała nogę.
Ból, jaki poczuła, był tak wielki, że jak lew zaryczała. Usłyszawszy ten krzyk, robotnik położył damę na trawie i pobiegł zobaczyć, co się stało. Ujrzawszy, że służąca ma nogę złamaną, wziął ją również na plecy i zaniósł do pani, obok której ją złożył. Dama, na widok tego nowego nieszczęścia i na myśl, że ostatnia istota, któraby jej w danej chwili pomóc mogła, leży obok niej bezsilna, strapiła się niezmiernie i wybuchnęła na nowo tak rzewnemi łzami, że robotnik nie tylko uspokoić jej nie mógł, ale i sam zapłakał.
Ponieważ jednak noc się zbliżała, kmieć, na prośbę zrozpaczonej damy, pobiegł do domu. Wziąwszy z sobą dwóch braci swoich i żonę i zabrawszy nosze, przybył na miejsce wypadku. Dziewczynę złożono na nosze i zaniesiono do chaty wieśniaka. Robotnik pokrzepił damę wodą i łagodnemi słowy, wziął ją na plecy i zaniósł do swego domu. Tam poczęstowano ją podpłomykami i położono do łoża. Następnej nocy postarał się wieśniak o odwiezienie damy i służki do Florencji.
Wdowa, której nigdy na zręcznych wybiegach nie zbywało, wymyśliła o swojej przygodzie bajkę, nic wspólnego z istotą sprawy nie mającą. Potrafiła wmówić w braci swoich, siostry i we wszystkich znajomych, że pospołu ze służką, padła pastwą jakiejś sztuczki djabelskiej. Znaleźli się pod ręką doktorzy, którzy wdowę nie bez trudu i wysiłku z gorączki i innych przypadłości wyleczyli, a takoż nastawili złamaną nogę służki. Odcierpiały jednak obydwie za swoje, a wdowa nie jedną skórę, przylegającą do prześcieradeł, postradała. Przypadek ten miał jednak pewien dobry skutek, wymazał bowiem z jej