Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/465

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chłopiec, ujrzawszy ojca, począł obyczajem małych dzieciątek wyrywać się doń i przymilać. Ojciec objął syna, zalał się radosnemi łzami i począł dziękować mnichowi za to, że dziecię do życia powrócił.
Towarzysz Rinalda wyuczył tymczasem dzieweczkę nie jednej ale kilkunastu modlitw i podarował jej dla pamięci biały niciany woreczek, który mu wręczyła pewna mniszka, często z nim pospołu pokutę odbywająca. Usłyszawszy rozmowę męża z Agnesą, podszedł cicho do drzwi. Widząc, że wszystko jaknajlepiej poszło, wszedł do komnaty i rzekł:
— Bracie Rinaldo, odmówiłem już cztery zalecone mi przez was modlitwy.
— Mój bracie — odparł na to Rinaldo — winszuję ci zapału, z jakim nabożne ćwiczenia odprawiasz. Co się mnie tyczy, to ledwie dwie modlitwy do czasu przybycia kuma odmówić zdołałem. Jednakoż Bóg nas wysłuchał, bowiem dziecko zdrowe jest już zupełnie.
Mąż Agnesy kazał przynieść przedniego wina i ciasta i ugościł zacnie Rinalda i jego towarzysza. Pokrzepiające środki bardzo się im przydały. Poczem odprowadził ich do klasztoru, niebu polecił i bez zwłoki ulepić kazał woskową figurę. Postawił ją przed posągiem św. Ambrożego, aliści nie tego z Medjolanu.