Strona:PL Gabriela Zapolska - Żabusia. Dziewiczy wieczór.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

chodzę do cukierni na gazety. Wszystkie czytam. Czasem, panie tego, i „Timesa“ całego rznę od deski do deski choć nie umiem po angielsku. Potem w biurze dyskusya... panie tego, umysł się wyrabia, poglądy szerokie... Moje zdanie nawet specyalnie cenią i szanują (po chwili). Nie! ja się nie nudzę.

Maniewiczowa. Nie przeczę, iż polityka to rzecz wysoce zajmująca, ale Żabusia wychodzi często z domu, czy nie czujesz się pan wtedy osamotnionym?

Bartnicki (wskazując dziecko). Mam Nabuchodonozora.

Maniewiczowa (z ironiczną kokieteryą). To dobre dla kobiety... ale mężczyźnie niańczenie dziecka nie wystarcza...

Bartnicki (do siebie z niepokojem). Czego ona chce odemnie?

Maniewiczowa. Czytałeś pan Baudelaire’a?

Bartnicki. Nie, pani dobrodziejko!

Maniewiczowa. To go przeczytaj! Potrafisz wtedy czytać w swem własnem sercu a może i... w sercach innych kobiet.

(Chwila milczenia).


Bartnicki. Ja zawołam Franciszkę, niech lampę zapali!

Maniewiczowa. Nie trzeba! szara godzina, to godzina marzeń i... pokus.

Bartnicki (na stronie). Gorąco mi!