Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To, co uczynił Ben Weatherstaff, wydało się Mary ponad miarę dziwne. Sapał, połykał ślinę, i naraz łzy poczęły płynąć po jego pomarszczonej twarzy, ręce złożył, jak do modlitwy.
— Hej! — wybuchnął. — Jak też to ludzie kłamią! Cienki panicz, jak patyczek, a blady, jak widmo, ale prościuchny, jak trzcina. Wyrośnie panicz na ludzi! Bogu dzięki! Bogu dzięki!
Dick silnie podtrzymywał ramię Colina, lecz chłopiec nie osłabnął. Stawał coraz prościej, coraz pewniej i patrzał Benowi prosto w oczy.
— Gdy niema ojca, to ja jestem waszym panem — mówił. — Musicie mnie słuchać. To mój ogród. Żebyście mi się nie ważyli słówka komukolwiek pisnąć! Zleźcie zaraz z tej drabiny i idźcie w wielką aleję, a panna Mary przyprowadzi was tutaj. Chcę z wami pomówić. Nie pragnęliśmy was wcale, ale skoroście już tu weszli, to musicie należeć do naszej tajemnicy. Dalej, prędko!
Pomarszczona, stara, biedna twarz Bena wciąż mokra była od łez. Zdawało się, że oczu oderwać nie może od szczupłej, wyprostowanej postaci Colina, stojącego z dumnie podniesionem czołem.
— Moje dziecko! — wyszeptał. — Moje dziecko drogie! — Potem naraz opamiętując się, rękę do czapki przyłożył, wyrzekł: — Do usług panicza, do usług! — i posłusznie zniknął z oczu, schodząc z drabiny.