Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pierwszy raz z nim rozmawiałam — rzekła Mary. — Ciekawa jestem, czyby on potrafił zachować tajemnicę i czybyśmy mogli przynieść go tutaj tak, by o tem nikt nie wiedział. Myślałam sobie, że tybyś mógł pchać jego wózek. Doktór powiedział, że on powinien przebywać na świeżem powietrzu, a on chciałby wyjść, ale z nami, a jego muszą wszyscy słuchać. On z nikim innym nie chce wychodzić, więc może będą nawet radzi, jeżeli zechce wyjść z nami. Ogrodnikom może kazać nie wchodzić do parku, więc niktby nas nie podpatrzył.
Dick rozmyślał głęboko, gładząc grzbiet liska.
— Ręczę, żeby to było znakomicie dla jego zdrowia — powiedział. — My przecież wcale nie myślimy, że byłoby lepiej, żeby się nie był urodził. Jesteśmy sobie poprostu dwoje dzieci, które lubią patrzeć, jak się rozwijają roślinki w ogrodzie, a on byłby trzeciem. Dwóch chłopczyków i mała dziewczynka, którzy przyglądają się wiośnie. Ręczę, że to byłoby lepsze, jak wszystkie mikstury doktorskie.
— On od tak dawna leżał ciągle w swoim pokoju i tak się lęka o swoje plecy, że zdziwaczał trochę — mówiła Mary. — Z książek dowiedział się różnych rzeczy, ale tak to on się na niczem nie zna. Mówi, że był zbyt chory, żeby móc przyglądać się światu naokoło siebie, a zresztą nienawidzi wychodzenia na dwór, nienawidzi ogrodu i ogrodników. Lubi jednak słuchać o naszym ogrodzie, bo on jest tajemnicą. Nie mogłam przecież za wiele mu opowiadać, ale on mówił, że chciałby go zobaczyć.
— Już my go tutaj dostaniemy — na pewno — rzekł Dick. — Dla mnie to nic pchać jego wózek. Widziała panienka, jak gil i jego samiczka pracowali przez ten czas, cośmy tu siedzieli? Niech panienka spojrzy, jak to sobie siedzi na gałęzi i myśli sobie, gdzieby mógł złożyć tę gałązkę, co trzyma w dziobku.
Wydał cichy dźwięk, jakby łagodne zaćwierkanie, gil