Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


one, te ptaszki, swoje sposoby myślenia i działania, a ludzie nie powinni się do nich mieszać. Wiosną można łatwiej przyjaciela stracić, niż w jakiejkolwiek porze roku, jeśli się jest zbyt ciekawym.
— Jeżeli będziemy mówili o gilu, to będę musiała na niego patrzeć — rzekła Mary, jak mogła, najciszej. — Musimy mówić o czem innem. Chcę ci coś powiedzieć.
— Onby wolał, żebyśmy mówili o czem innem — rzekł Dick. — Co mi panienka chce powiedzieć?
— Czy ty wiesz o Colinie? — pytała szeptem.
Odwrócił głowę i spojrzał na nią.
— A co panienka wie o nim? — zapytał.
— Widziałam go. Przez ten tydzień codzień z nim rozmawiałam. On chce, bym do niego przychodziła. Mówi, że gdy mnie widzi, to zapomina o tem, że jest chory i umierający — odpowiedziała Mary.
Skoro pierwsze zdumienie minęło, wyglądał Dick, jakby doznał uczucia wielkiej ulgi.
— Bardzo się z tego cieszę — wykrzyknął. — Z całego serca się cieszę. Teraz będzie mi lżej. Wiedziałem, że mi o nim mówić nie wolno, a nie lubię nic ukrywać.
— Nie chcesz ukrywać się z ogrodem? — spytała Mary.
— Nigdybym o nim nie powiedział — odrzekł. — Ale mówię do matki: «Matko, mam tajemnicę, której nie mogę wydać. Nie jest to nic złego, ani brzydkiego. Nie jest to nic gorszego, jak żebym ukrywał gdzie jakie gniazdko jakiegoś ptaszka. Nie gniewasz się na mnie, prawda?»
Mary pragnęła zawsze słyszeć, co mówiła matka.
— Cóż matka powiedziała? — zapytała, nie lękając się usłyszeć odpowiedzi.
Dick uśmiechnął się błogo.
— Zgóry można było przewidzieć, co powie — odparł. — Pogłaskała mnie po głowie, roześmiała się i rzekła: «Moje