Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że Mary przygląda mu się tak, jakby ją w podziw był wprawił.
— Czemu na mnie tak dziwnie patrzysz? — zapytał. — O czem myślisz?
— Myślę o dwóch rzeczach.
— O jakich? Usiądź i opowiedz mi.
— Pierwsza rzecz taka — zaczęła Mary, sadowiąc się wygodnie. — Raz w Indjach widziałam chłopca, który był radżą. Suknię miał naszytą rubinami, szmaragdami i brylantami. Do swoich sług odzywał się tak, jak ty do Marty. Każdy musiał w tej chwili robić to, co mu rozkazał. Myślę, że gdyby zaraz kto nie usłuchał, toby go zabito.
— Zaraz mi opowiesz więcej o radżach — rzekł Colin. — Ale najpierw powiedz mi tę drugą rzecz, o której myślałaś.
— Myślałam sobie o tem, jak odmienny jesteś od Dicka.
— Kto to jest Dick? — spytał. — Co za dziwaczne imię!
Przecież może mu chyba powiedzieć. Będzie mogła opowiedzieć o Dicku, nie wymieniając ogrodu. Ona też lubiła, gdy jej Marta o nim opowiadała. Pozatem tęskniła za nim. Jak będzie opowiadała, zdawać jej się będzie, że jest bliżej niej.
— To brat Marty. Ma lat dwanaście — objaśniła Mary. — Niema drugiego chłopca jemu podobnego na świecie. Umie czarować lisy i wiewiórki, i ptaki, zupełnie tak samo, jak Hindusi czarują żółwie. Gra im cicho na fujarce, a one przychodzą do niego słuchać.
Na stole leżało kilka dużych książek. Colin przyciągnął nagle jedną z nich.
— Tu na obrazku jest Hindus, co czaruje żółwia — zawołał. — Chodź i zobacz.