Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tam zboku jest sznur — objaśniał Colin. — Idź i pociągnij go.
Mary wstała zaciekawiona, znalazła sznur. Gdy go pociągnęła, rozsunęła się jedwabna zasłona, a rozsunąwszy się, odkryła obraz. Był to portret młodej dziewczyny o śmiejącej się twarzyczce. Miała ona jasne włosy, związane błękitną wstążką, a jej wesołe, śliczne oczy były zupełnie podobne do smutnych oczu chłopca, też szare jak agaty i wyglądające większe niż były, wskutek ciemnych, długich rzęs.
— To moja mamusia — smutno rzekł Colin. — Nie wiem, czemu ona umarła. Czasem nienawidzę jej, że mi to zrobiła!
— Jak ty dziwnie mówisz! — zawołała Mary.
— Gdyby mamusia żyła, to wiem na pewno, że nie byłbym ciągle taki chory — skarżył się. — I przypuszczam, żebym żył. A ojciec patrzałby na mnie bez nienawiści. I sądzę, że miałbym silne, proste plecy... Zaciągnij zasłonę.
Mary zrobiła, jak kazał, i wróciła na swój fotel.
— Ona jest o wiele ładniejsza, niż ty — rzekła — ale jej oczy są zupełnie takie, jak twoje — w każdym razie taki sam kształt i kolor. Czemu ją zasłania ta firanka?
Poruszył się niecierpliwie.
— To ja kazałem zrobić — odparł. — Czasami nie lubię, gdy na mnie patrzy. Zanadto się uśmiecha, podczas gdy ja jestem nieszczęśliwy i chory. Poza tem, to moja mamusia, i nie chcę, żeby ktokolwiek na nią patrzał.
Nastąpiła chwila milczenia, poczem odezwała się Mary.
— Coby też zrobiła pani Medlock, gdyby się dowiedziała, że byłam tutaj? — zagadnęła.
— Zrobiłaby to, cobym rozkazał — odrzekł, — a jabym jej powiedział, że pragnę, żebyś codzień do mnie przychodziła i rozmawiała ze mną. Bardzo rad jestem, że przyszłaś.
— Ja też się cieszę — rzekła Mary. — Będę przycho-