Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i w tejże chwili odskoczyła przerażona. Zasłona ukrywała drzwi, które się rozwarły i ukazały dalszy ciąg korytarza, a w nim panią Medlock z pękiem kluczy i bardzo zagniewaną miną.
— Co tu panienka robi? — rzekła, biorąc Mary za rękę i pociągając za sobą. — Co panienka ma zapowiedziane?
— Zbłądziłam — tłumaczyła się Mary. — Nie wiedziałam, w którą stronę iść, gdym usłyszała, że ktoś płacze.
Nienawidziła pani Medlock w tej chwili, lecz znienawidziła ją gorzej jeszcze w następnej.
— Nie słyszała panienka żadnego płaczu, ani nic podobnego — rzekła ochmistrzyni. — Proszę zaraz iść do swego pokoju, albo dostanie panienka za uszy.
I wziąwszy ją za rękę, ciągnęła za sobą, raz po raz popychając przez parę korytarzy, póki jej nie wepchnęła do jej pokoju.
— Teraz proszę siedzieć tam, gdzie panience każę inaczej zamknie się panienkę na klucz. Pan powinienby dać panience nauczycielkę, jak to zresztą mówił. Panienkę to trzeba bardzo krótko trzymać, a ja mam bez tego dosyć do roboty.
Wyszła, trzaskając za sobą drzwiami, a Mary usiadła przed kominkiem, blada z wściekłości. Nie płakała, lecz zgrzytała zębami.
— A jednakże ten ktoś płakał — płakał — i już! — rzekła do siebie.
Dwa razy już słyszała, no, i dojdzie ona do źródła tego płaczu. Wogóle dużo rzeczy różnych odkryła tego ranka. Miała wrażenie, że była w dalekiej podróży; w każdym razie nie nudziła się przez cały ten czas, bawiła się słoniami i widziała szarą myszkę z dziećmi w gniazdku z aksamitnej poduszki.