Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


całkiem naturalną, że w tej chwili deszcz począł siec ukośnemi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła ta śliczna kobieta, byłaby rozweselała swoje otoczenie, tak jak jej mamusia, szczebiotem, ruchliwością, chodzeniem z jednej zabawy na drugą w cudnej, ozdobionej koronkami sukni. Ale i ta już nie żyła.
— Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana, daję szyję, że go panienka nie zobaczy — rzekła pani Medlock. — I nie trzeba się spodziewać, że tam ktokolwiek będzie z panienką rozmawiał. Trzeba będzie samej się bawić i myśleć o sobie. Powiedzą panience, do których pokojów wolno jej wchodzić, a od których należy trzymać się zdaleka. Ogrodów tam poddostatkiem. Ale nie trzeba kręcić się po domu i nosa wszędzie wścibiać. Pan Craven nie życzy sobie tego.
— Wcale nie pragnę wścibiać wszędzie nosa — odparła nasza mała Mary; i jak nagle zrobiło jej się żal pana Archibalda, tak teraz nagle przestała go żałować, myślała natomiast, iż był taki niedobry, że zasłużył na to wszystko, co go spotkało.
I zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi ściekającego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy ustać nie miał. Patrzyła tak długo i uparcie, dopóki wszystko nie zaczęło jej przed oczyma szarzeć, szarzeć, aż wreszcie znużona zasnęła.