Strona:PL Faleński - Meandry (1904).djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Znów pewnie życie wchłonie kędyś czyje
Wieczności bezdenna matnia...
A jeśli właśnie moja to ostatnia
Godzina bije?

Co? co? tak prędko? — Gdybyż, jak przed burzą,
Ostrzegające błyskania...
Wstydem na piersi głowa mi się skłania —
W chwili podobnej najmężniejsi tchórzą...
Ach! do zrobienia jeszcze mam tak dużo,
I tyle do zaniechania!


87.

Świecie marzeń czarowniczy!
Ach! gdy w tkankę twą leciuchną
Przeciwności tchnienia dmuchną —
Człek, za cały zysk swój liczy:
Żółć — w ponętach wszech słodyczy,
W sławy blaskach — marne próchno!


88.

Przez byt nasz ziemski, w szarej mgły obłędzie,
Suniemy nikłe cienie.
Któż schwyci trwania mgnienie —
Gdy się z przyszłością przeszłość styka wszędzie?