Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Lecz spokojnie — tak jej rzeką.
— Jeśli zechcesz być wskrzeszoną,
Kół ci z drewna wbiją w łono.
Grób jest tuż — a Bóg daleko.

Kół w nią w bito — cisza głucha.
Cóż, gdy wciąż się skrzą jej lica!
Więc tłum wieko w dłoń pochwyca...
Wgnietli — krew przez szpary bucha..
— W Imię Ojca! Syna! Ducha!
Toż wyraźnie upiorzyca!

Ha! no — wreszcie ją w grzebali.
Chwilę — cicho. — W tem, w tej ciszy,
Zdjął strach onych towarzyszy.
— Co? Znów pięścią w wieko wali!
Chodźmy sobie z tąd gdzie dalej —
Bo nuż wreszcie Bóg posłyszy?...


166.

Dwóch was w pamięci Grodna pozostanie,
Których się dole w miarę sił spotkały.
Jeden, żyć godny w dniach Ojczystej chwały,
Drugi, w tej Chwały godzien przyjść skonanie.
Dwóch was tam było — Ty, Wielki Stefanie!
I Stanisławie ty Mały!


167.

Dziedzictwa zyski! któż je wypowie?
Iść trzeba naprzód — a ścieżka stroma.
I źle po świecie i ciasno doma.
Szczepiono w plonki liche pąkowie,
Kwaśne z nich jabłka jedli Ojcowie —
A synom z tego oskoma.