Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


121.

Gdy mówię, czując szron u czoła:
Że lat mam tyle a tyle —
To osobliwie się mylę.
Owszem — tych lat już nie mam zgoła —
Bowiem któż mieć na powrót zdoła
Coś, co już w mgle jest i w pyle.

Mam tylko przyszłość tajemniczą
Lat, których nie wiem jest ile,
Ni nawet wiem: czy te chwile
Stratą mi będą, czy zdobyczą —
I te już inni za mnie zliczą,
Siedząc na mojej mogile.


122.

Wiarą, Nadzieją, Miłością, koję
Ducha, pchniętego w walkę życiową.
I choć je wszystkie Siostrami zową,
Chociaż, jak Boskich Osób ich troje —
Choć od nich równe Łask płyną zdroje —
Wśród nich jest Miłość królową.

Z nią będąc, Bogu służysz najszczerzej.
W niej, walk z Szatanem odwieczne dzieje.
W niej, blask zwycięski. Moc, co z niej wieje,
Rwie potępieńczych siłę więciezy —
Bowiem, kto kocha, ten w Miłość wierzy,
I ma w niej oraz nadzieję.


123.

Gdy u Mojżesza zwłok, w pustelni cichej,
Michał i Szatan, wrodzy dwaj Mocarze,
Spór wiedli o to: kto go mieć miał w darze,