Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom III.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


STARZEC.

A możebyś poznała go po onej przędzy
Rąk twoich, którą ongi, pragnąc z nim coprędzej
Przed groźbą śmierci uciec, otuliłem brata?

ELEKTRA.

Czy nie wiesz, że dziecięce miałam jeszcze lata
W tym czasie, gdy Orestes uszedł z naszej ziemi?
A gdybym i utkała ją rękami swemi,
Czyż dotąd on w tej samej mógłby chodzić szacie?
Tak, chyba że sukienka chłopięca na bracie
Rosłaby razem z ciałem! Widać, że w ciemności
Zabłąkał się w te strony ktoś z nieznanych gości,
Lub jaki obywatel zbliżył się w żałobie
I włosy sobie obciął przy ojcowskim grobie.

STARZEC.

A gdzież są twoi goście? Chętnie ich zobaczę,
By spytać się o brata twego dni tułacze.

ELEKTRA.

Szybkimi właśnie z izby wychodzą krokami.

STARZEC.

Szlachetnie wyglądają, ale wygląd mami.
Niejeden, z szlachetnego pochodzący rodu,
Człowiekiem bywa lichym. Lecz niema powodu,
Aby ich nie przywitać. Witajcie, panowie!

ORESTES (który tymczasem w towarzystwie Pyladesa wszedł na scenę).

Powitać, stary człeku! Niechże mi też powie
Elektra, skąd tu wziął się ten dawny zabytek
Przyjaciół, tak pomięty, tak zgrzybiały wszytek?