Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyniosły was na szczyty, do których ktoś drugi
Godniejsze miałby prawo. Zaraz ci pokażę,
Iż sobie za mniejszego wroga dzisiaj ważę
Parysa Idajskiego, jeżeli w te tropy
Nie pójdą od mych progów twe i córki stopy,
Za włosy ją stąd syn mój, gdy wróci, wywlecze,
Bezpłodna bowiem będąc, nienawiścią siecze
Te wszystkie, które rodzą, dlatego, że samej
Nie dane jest, by rodzić. Zali znieść to mamy,
Że dzisiaj, z macierzyńskiej odarta rozkoszy,
Chce dzieci nas pozbawić, że tę macierz płoszy
Z naszego tutaj domu? Precz, służbo! Tej chwili
Nauczę ja tych wszystkich, coby mi bronili
Uwolnić te jej ręce!

(Do klęczącej jeszcze Andromachy)

Powstań, powstań z ziemi,
Ażebym mógł, choć drżący, rękami własnemi
Rozwiązać zaciśnięte węzły tych rzemieńców.

(Do jednego z sług)

Tak ręce-ś jej skrępował, ty łotrze?! Miast jeńców,
Myślałeś, że krępować lwa masz albo wołu,
Że ona miecz wyciągnie przeciw twemu czołu
W obronie swej?

(Do Molossa)

Chodź, dziecię, stań tu przy mym boku,
Uwolnić pomóż matkę! Jak źrenicę w oku,
Tak chować cię ja będę w tej mojej Ftiadzie,
Byś wyrósł na ich wroga!... Sparta wszystkich kładzie
We wszystkiem, lecz nie w bitwie i wojennej chwale.

PRZODOWNICA CHÓRU.

Zaciekli są ci starcy w swego gniewu szale
I nie da się okiełzać ich pochopność żywa.