Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rzuciły się na siebie, powstał zamęt dziki,
Gdy jedni przeciw drugim pędząc, do tej wojny
Co chwila dostawiali nowy zastęp zbrojny.
Ci mieczem sobie drogę kierują, ci konie
Zwracają, aby swoim nieść pomoc w tym gonie,
Gdy Forbas, co konnicy erechtejskiej czoło
Prowadził, ten tłok wozów zobaczył wokoło,
A z nim, kiedy zoczyli to i jeźdźców wodze
Kadmowych, bój odrazu rozpętał się srodze —
Ten padał, ten zwyciężał... Na własne to oczy
Widzący [nie z słyszenia język mój roztoczy
Ten obraz — byłem właśnie świadkiem onej grozy,
Gdy jezdni się ścierali ze sobą i wozy],
Zaiste! nie wiem dzisiaj, od czego mi trzeba
Zaczynać, czy o kurzu mówić, co do nieba
Słupami olbrzymimi się wznosił, czy o tem,
Jak wzajem się włóczono i tam i z powrotem
Po ziemi, na rzemieniach, czy o krwi kałuży,
Wylanej śród tych mordów, gdy tłumy w tej burzy
Ginęły, gdy niejedni, z wozów wyrzuceni
Strzaskanych, do śmiertelnej zstępowali cieni
Przy szczątkach tych zaprzęgów. Ujrzawszy tej chwili
Jak strasznie jego wojsko nasi jeźdźce bili,
Wziął Kreon tarcz do ręki i stanął na czele,
Nim jeszcze duchby odszedł jego przyjaciele.
Atoli i Tezeusz na swych hufców przedzie
Odwagi nie utraci, sprawy nie zawiedzie,
Lecz broń porwawszy świetną, obcesem uderzy.
Zwarły się w samym środku zastępy szermierzy —
Padano, zabijano, krzyki naokoło
Rozgłośne szły: »Kłuj! morduj! mężne stawiaj czoło
Ludowi Erechteja!« I rota, wyrosła