Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ADRASTOS.

Ach! w miejsce ugodziłeś, co najbardziej parzy.

TEZEUSZ.

Ruszyłeś, nie sprzyjały bóstwa najwidoczniej.

ADRASTOS.

Amfiaraosowej na przekór wyroczni.

TEZEUSZ.

Więc łatwoś się odwrócił z bożej woli szlaków?

ADRASTOS.

Uległem naporowi tych młodych junaków.

TEZEUSZ.

Porywu usłuchałeś, miast słuchać przestrogi.
W ten sposób wódz niejeden zginął śród swej drogi.

ADRASTOS.

O najmężniejsza głowo w helleńskiej dzierżawie,
Ty, królu Ateńczyków! Wstydzę ja się prawie
Upadać tu przed tobą i twoje kolana
Tą ręką obejmować. I mnie była dana
Szczęśliwość: ongi władca, a dziś posiwiały
Staruszek! Lecz złe losy tutaj mnie przygnały
I muszę im ulegać. Niechże je wyzwoli,
Te zwłoki, twój dziś rozkaz! Zlituj się mej doli
I doli tych nieszczęsnych, tych sierocych matek!
Na cudzą przyszły ziemię, swoich sił ostatek
Dźwigając, swoje kości bezpłodne i stare!
O, nie na Demetery przyszły tu ofiarę,
Nie na tajemny obrzęd, jeno, aby w grobie
Pochować swoich synów, którzy, mówię tobie,
Powinni byli raczej rękami swojemi