Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


HIPPOLYTOS.

Bogowie! Poco milczę, jeśli wy niszczycie
Człowieka, co was wielbi, co wam oddał życie?
Nie! on się nie przekona! Nie uwierzy we mnie!
Nie będę łamał przysiąg! Byłoby daremnie!

TEZEUSZ.

Dobijasz mnie, świętoszku, słowy cnotliwemi!
Dla czego nie uchodzisz? Precz z ojczystej ziemi!

HIPPOLYTOS.

Ach! dokąd mam się zwrócić? W czyim-że dziś domu
Gościnę znajdzie człowiek z takiem piętnem sromu?

TEZEUSZ.

A może kto i lubi kobiet hańbicieli
I chętnie się domostwem z zbrodniarzem podzieli?

HIPPOLYTOS.

Ach! serce mi się kraje, łzy wyciska smutek,
Żem taki w twoich oczach haniebny wyrzutek.

TEZEUSZ.

Nie! Wówczas trzeba było pokumać się z troską
I łzami, gdyś szedł hańbić łożnicę ojcoską.

HIPPOLYTOS.

Przemówcie głosem wielkim, o wy nieme ściany,
Powiedzcie, czym naprawdę człowiek pokalany?

TEZEUSZ.

O, skrzętnie wzywasz świadków, co mówić nie mogą!

(Wskazując na zmarłą)

To dzieło twe dowodem, jakąś chodził drogą.