Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/310

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a nie najmniej bolesnemi są te, w czasie których człowiek odśpiewuje requiem sam jeden i tylko w najgłębszej tajemnicy serca swego. Teraz widok dziedzińca i domu odnowił w nim wspomnienia marzeń, poprzedzających przyjazd Wiktora i tego, co potem nastąpiło.
W myśli powtarzał przysłowie, którem już nieraz w wypadkach podobnych karcił swoją nieukróconą wyobraźnię:
— Ach, stary wróblu, dałeś się znowu złapać na plewy!
Lecz zaraz potem myślał, że nie były to wcale plewy. Owszem, tacy ludzie, jak Wiktor, byli zapewne ziarnem ludzkości zdrowem i jędrnem, a tacy, jak on plewami, które należałoby zsypywać do domu waryatów, tego magazynu dusz, obłąkanych ideami, nie mającemi w świecie kursu żadnego.
Przed wejściem do domu zawahał się, stanął. Czuł, że miał twarz bardzo zmarszczoną i że, spotkawszy się z kimkolwiek, musiałby rozpogodzić ją trochę. Ani powiedzieć, ani okazać tego, co czuł, nie miał przed kim. Wolał pozostać samotnym i muskuły twarzy swojej pozostawić w spokoju. Usiadł na ganku. Niebawem usłyszał przez okno w pobliżu otwarte rozmawiające głosy Sabiny i Rozalii. Właściwie Sabina raz tylko się ozwała, krótko i tak zcicha, że słów jej nie