Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z najdrobniejszych chociażby krzywd ludzkich, w miłości dla ziemi i dla ludzi, posuniętej do ofiar, sprawiających cierpienia chociażby najcięższe. Nie wiem, czy jasno się wyrażam. Nie przywykłem mówić wogóle, a szczególniej o rzeczach takich. Ale co do mnie przynajmniej, usiłowaniem mojem najsilniej naprężonem jest to, aby mieć serce możliwie najczystsze i oddawać usługi możliwie największe ziemi i ludziom. Zdaje mi się, że tym tylko sposobem osiągam cel, dla którego przyszedłem na świat. Ale są to wyniki rozmyślań bardzo samotnych, może więc błędne. Co ty, Wiktorze, myślisz o tem wszystkiem?
Mówiąc, patrzał w przestrzeń, mieniącą się cieniami drzew i mglistem światłem księżyca na nowiu. Przy ostatnich wyrazach dopiero obrócił twarz ku bratu i z trudnością powstrzymał się od śmiechu. Powieki Wiktora były przymknięte, dopiero na dźwięk jego imienia podniosły się i zalatały niespokojnie, jak przestraszone ptaki. W czasie długiego mówienia brata zaczęła go była ogarniać drzemka nieprzezwyciężona, którą jednak przezwyciężał z całej siły, chwytając nie bez trudności niektóre słowa i okresy. Teraz przetarł dłonią oczy i na to, co udało mu się usłyszeć, odpowiedział: