Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


minut po takiem powiedzeniu i odpowiedniem ucałowaniu rączek ty wyjeżdżasz z terminem mego ślubu! No!
Mówił to ze szczególnem pomieszaniem zgryzoty i śmiechu. Zenonowi także śmiać się zachciało, tak go zabawił ten sposób obchodzenia się z przedmiotem, do którego on przywiązywał wagę wielką. Ale wkrótce spoważniał.
— Mój Wiktorze — zaczął, nie potrafię nawet wypowiedzieć, jak mię to boli, że wyrządziłem ci przykrość i jak serdecznie za to cię przepraszam. Ale doprawdy, czyż podobna tak bez ceremonii obchodzić się z sercami innych? Przecież twoja narzeczona kocha cię i ufa miłości twojej.
— Bo też ją i kocham! — zawołał Wiktor — co to ma jedno do drugiego? Tam miłość, tu zabawa. Jakąż szkodę sprawić może Amelii to, że ja, o dwieście mil od niej, spędzę z inną kilka chwil przyjemnych?
Zenon, sam nie wiedząc, czy mu się więcej chce śmiać, czy gniewać, odpowiedział:
— Ty byś gotów był nietylko o dwieście mil, lecz i o dwa kroki od niej spędzać takie przyjemne chwile z inną. Ależ i ta inna może uwierzyć i pokochać!...
— A cóż-by się jej stało od tego? — zadziwił się Wiktor — kilka miłych godzin